Zatęskniło mi się za atmosferą mojej Alma Mater. Nie chodzi tylko o zapach zapastowanej drewnianej podłogi, o skrzypienie klepki w czytelni literackiej czy o zielone lampki na stolika w językowej – choć to kojarzy mi się przyjemnie (szczególnie czytelnie, mogłabym się tam zaszyć na długo i żeglować sobie spokojnie od jednego tomiszcza do drugiego). Chodzi o to, że tam będąc miałam poczucie, że robię coś ważnego. Jeszcze rok temu miałam cel, plan i motywację. Celem nie był papierek, celem było pokonanie własnych ograniczeń (które zresztą sama sobie zasiałam, wyhodowałam i przez wiele lat bardzo dbałam, aby rosnąć w siłę). Rosły mi skrzydła, przede wszystkim z powodu pochwał, jakich dawno, jeśli kiedykolwiek słyszałam na temat tego, co robię. Ależ można się od tego uzależnić… Oczywiście nie tylko od tego, ja uzależniłam się jeszcze od drążenia tematu, który mnie porwał, zaczął rządzić moim życiem…
Hmm… po prostu ja chcę jeszcze! Ale jak to zrobić… Potrzebuję ująć się w jakieś ramy, mieć termin, plan ułożę sama. Jak to zrobić i na dodatek z niczego nie rezygnować.