Od samego rana mam ostry napad świerzbiączki duchowej. Siedzę, gdzie siedzę i wiem, że mi to mocno przeszkadza. Może dlatego dyskredytuje właśnie z zapałem swoje wczorajsze pomysły. Ba, żeby to jeszcze prowadziło ku doskonalenie wyżej wspomnianych, ale nic z tych rzeczy, po prostu traktuję je bezwzględnie całym instrumentarium krytyczno-literackim, co się przyplątało do mnie w czasie studiów. I zamiast nowych bytów taki kadłubek (nie mylić z Wincentym) się narodził. A świerzbi mnie przeokrutnie, żeby coś porobić, sens nadać, a nie przeczekiwać kolejny dzień. No to może jednak powrócić… Może tylko zmienić charakter na bardziej zabawowy… A może po prostu złożyć po cichutku głowę na pulpicie i przyciąć komara?
Ty moja Droga nic nie przycinaj!
Tylko rób to, co robiłaś do tej pory najlepiej!
Pisz!!!!!!
Tak jest!