Kanały:
Wpisy
Komentarze

Przeprowadzka!!!

Zapraszam na www.jewka.pl

Alma Mater

Zatęskniło mi się za atmosferą mojej Alma Mater. Nie chodzi tylko o zapach zapastowanej drewnianej podłogi, o skrzypienie klepki w czytelni literackiej czy o zielone lampki na stolika w językowej – choć to kojarzy mi się przyjemnie (szczególnie czytelnie, mogłabym się tam zaszyć na długo i żeglować sobie spokojnie od jednego tomiszcza do drugiego). Chodzi o to, że tam będąc miałam poczucie, że robię coś ważnego. Jeszcze rok temu miałam cel, plan i motywację. Celem nie był papierek, celem było pokonanie własnych ograniczeń (które zresztą sama sobie zasiałam, wyhodowałam i przez wiele lat bardzo dbałam, aby rosnąć w siłę). Rosły mi skrzydła, przede wszystkim z powodu pochwał, jakich dawno, jeśli kiedykolwiek słyszałam na temat tego, co robię. Ależ można się od tego uzależnić… Oczywiście nie tylko od tego, ja uzależniłam się jeszcze od drążenia tematu, który mnie porwał, zaczął rządzić moim życiem…

Hmm… po prostu ja chcę jeszcze! Ale jak to zrobić… Potrzebuję ująć się w jakieś ramy, mieć termin, plan ułożę sama. Jak to zrobić i na dodatek z niczego nie rezygnować.

W górach jest wszystko co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka

Zawsze kiedy tam wracam
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczem

To jest w górach Harasymowicza. Te góry, literackie, znam, uwielbiam i chętnie w nie, a właściwie do nich wracam… w lekturze. Ciekawe, jak będzie z tymi prawdziwymi. W górach byłam jako dziecko – małe, grube, zasapane i znudzone monotonnym człapaniem za całkiem dorosłą wycieczką. To były polskie góry. A potem nie było czasu, kiedy znajomi jechali w góry, ja gnałam na konie, kiedy znajomi jechali na żagle, ja pakowałam plecak i jechałam na obóz jeździecki, kiedy kumple zbierali się na narty, ja wyjeżdżałam na obóz zimowy w zakładzie treningowym koni. Jakoś mając wybór: konie versus cokolwiek, wybierałam konie. Wtedy nic nie wydawało mi się tak atrakcyjne jak możliwość spędzenia czasu w siodle. Raz zdarzył się wyjątek, pojechałam w Alpy na narty. Tylko, że wtedy nie widziałam gór, bo moi kochani koledzy zostawili mnie na lodowcu, na oślej łące, pokazując zaledwie, jak się jeździ pługiem i śmignęli w chmurze śniegu na sam dół. Kiedy wrócili po godzinie (zjechali na sam dół prawie), ja miałam na koncie jakiś milion upadków, stłuczony tyłek i wykręcone kolano, ale z całej siły starałam się uśmiechać, bo był tam facet, który mi się podobał, nie szło się mazgaić. Niemniej nie mam bladego pojęcia, jak się prezentują zimowe Alpy w całości, wiem natomiast, jak wygląda śnieg rozmazany na twarzy. No cóż to był mój ostatni wyjazd na narty, jakoś nie okazałam się znienacka mistrzynią dwóch desek. To oczywiście nie tłumaczy tego, że w góry też już nie wyjeżdżałam. Tak się po prostu złożyło. Urlop nie jest z gumy, a ja w poprzednim wcieleniu byłam chyba jakimś wodnym stworzeniem, albo przynajmniej ptasiorem, który uwielbia się taplać w dowolnym akwenie. No i jeszcze dwa lata temu wszędzie ciągałam ze sobą klona. Klon był zbyt mały, a mały klon lezący pod górę bywa upiardliwy i marudny, na plaży jest znośniejszy, więc wybór był prosty – morze, jezioro, ewentualnie jakaś rzeczka, nawet jeśli to była rzeczka smródka.

Nie zapieram się, mogę góry polubić, baa, nawet pokochać… Zobaczymy, ale najważniejsze, że nie mam uprzedzeń ;-)
Zobaczymy, co jest w moich górach… może jakieś wiersze? A może coś z prozy, a może po prostu krajobrazy, które trzeba utrwalić na zdjęciach.

jewka.pl

Koleżanka zapytała mnie, o czym będzie moja strona internetowa. Rzecz w tym, że jest o wszystkim o niczym. To ma być strona domowa, więc tak jak w domu staram się zgromadzić na niej wszystko to, co dla mnie ważne, co lubię i do czego mam prawo własności. Ale… No właśnie nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem w tym pytaniu nie ma jakiegoś podstępu. Nie znaczy to, że koleżankę podejrzewam o knowania, zastanawiam się po prostu, czy faktycznie nie powinna być o czymś. Póki co przypomina mocno zabałaganiony lamus, ale może z czasem zacznie się cywilizować i wypełniać czymś nowym.

jewka.pl nie tylko pod względem zawartości przypomina śmietnik… jeszcze większy chaos panuje w warstwie technicznej.  Nawet większy niż to jest widoczne po otworzeniu witryny.  Ale z tym też w końcu dam sobie radę, oczywiście nie sama ;-)

Chciałabym objaśnić, jak to jest z tymi kategoriami, według których porządkuję swoje pamiętnikowanie.

Tysiąc i jedna noc z nastolatką w tle – to kategoria, której istnienie uświadomił mi ktoś, kogo bardzo szanuje, kogo życzliwość sprawia, że chce mi się wierzyć w rady, których udziela.

Tysiąc i jedna noc z nastolatką w tle daleka jest od sielanki – jak w baśni, której wymowa nie została złagodzona na użytek wychowywanego bezstresowo czterolatka.

Tysiąc jedna noc z nastolatką w tle to czas inicjacji, dorastania. I tak jak rosnące kończyny z punktu widzenia medycznego przechodzą stan zapalny stający się przyczyną bólu i dyskomfortu, dorastanie nastolatka i dorastanie rodziny do dorosłości młodego człowieka także przypomina stan zapalny – ból, gorączka, momenty ulgi, kiedy na chwilę ustępuje.

Że zacytuję mojego mądrego doradcę. W każdej baśni córka zabija matkę, żeby zyskać dojrzałość. A matka zawsze gotowa wesprzeć, powinna dyskretnie stać z boku, wierzyć i czekać, bo to przecież minie. Tysiąc i jedna noc to prawie trzy lata (tyle ile mniej więcej trwa ta choroba zwana dojrzewaniem) – pełne niepokoju i dojrzewania do posiadania dorosłego dziecka…

Tylko ja naprawdę jestem w szczęśliwej sytuacji, bo już wiem kogo mogę zapytać o radę, kiedy sama poczuję się bezradna! (Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, że z niewyczerpanych pokładów bezinteresownej życzliwości tej osoby mogę coś dla siebie uszczknąć). Czy ja już Panu dziękowałam?

Przeprosiny

Po rozmowie z moim ulubionym, bo “przyszywanym”, bratem postanowiłam schować swoje stare wpisy. No może nie wszystkie, ale niektóre z nich. To prawda, bywam nieszczęśliwa, ale nie jestem nieszczęśliwa. Bywam też zadowolona, mimo że źródłem tego zadowolenia nie jest udany związek, poukładane życie osobiste i świadoma macierzyńska miłość, która litościwym płaszczykiem okrywa rodzicielskie obowiązki (nie zawsze proste i dające satysfakcję).

No to zaczynamy od nowa!

ładne, prawda?!

Jest mi lepiej na duchu. Jaśniej. Uczę się trudnej sztuki olewania prób przyjmowania na siebie winy za niepowodzenia innych. Nie tylko za niepowodzenia, ale także frustracje wynikające z lenistwa, z tego, że chciałoby się swoje sumienie uspokoić, zwalając na innych odpowiedzialność. Postanowiłam też, że jeśli nie dam rady słuchać, to wyjdę. Mam głęboko w dupie to, co sobie o mnie pomyślą. Ja będę pierwszą zadowoloną, przerwę wieloletnią rodzinną tradycję narzekania na wszystko i czepiania się z powodu byle pierdoły.  No i  wywalę linki z kociej strony w osobiste rejony.

Pozwolenie na broń

Gdybym miała pozwolenie na broń i gnata w kieszeni, to najpewniej dzisiaj bym kogoś zastrzeliła. Pierwszy był ten pacan z supermarketu.  Przypomina mi się znowu “Upadek” z Michaelem Douglasem.

A teraz ścina mnie z nóg byle pierdoła. Na przykład kosmiczny bałagan w pomieszczeniu, którego sprzatanie przed 1,5 miesiąca przypominało remont generalny.

Nie mogę i nie chcę sobie wyobrażać, że życie sięga dalej niż dzisiejsze pójście spać. To byłaby przerażająca pesrpektywa.

Kisiel

Miałam napisać, że to jakiś inny naród jest, albo raczej ciecz, taka dziwna, o konsystencji kisielu. Co to jak się wleje w naczynie to ma jakiś kształt, normalnie rozpływa się bez sensu wszędzie zostawiając lepkie ślady, które wyglądają jak gluty. Ale chyba nie napiszę. Mam teraz spokój, aż do popołudnia, to co się będę bez powodu denerwować.

Starsze wpisy »